BOskie smaki! BO lubią gościć i gotować

Zawsze lubiliśmy gotować. Nasza mama zaszczepiła w nas tę pasję, która rozwinęła się podczas naszych biznesowych podróży. Chcieliśmy się tym zamiłowaniem do dobrego jedzenia podzielić z innymi – mówi Janusz Borowiec, a brat Marek dodaje – i tak właśnie narodził się pomysł na otwarcie restauracji BO znajdującej się przy ul. Plebańskiej w Gliwicach.

BO – Grill&Restaurant. Wewnątrz bar z wysokimi hokerami, przy którym można zamówić i zjeść. Przy nim wiszą udźce z długo dojrzewającą szynką. W tle wysmakowane wnętrze z okrągłymi i kwadratowymi stołami. Za szybą kucharze wyciągają z pieca kawałek grillowanego mięsa. A jednak nie czuję znajomego zapachu palonych węgli, którym zazwyczaj cuchną ubrania po ogrodowym party. Punkt dla właścicieli! Jeden z nich podchodzi do mnie, serwuje tapas. Nie, nie jestem traktowana wyjątkowo. W tym lokalu zainteresowanie właścicieli gośćmi jest normą.

BO stworzyli restaurację…

Jeśli mamy wysublimowany gust kulinarny, cenimy jakość jedzenia i celebrujemy każdy dobrze przygotowany posiłek, a do tego nie potrafimy znaleźć w naszym otoczeniu miejsca, które pod tym względem zaspokajałoby nasze potrzeby – gotujemy w domu. Jeśli na dodatek mamy duży stół, przy którym zasiąść może gromada biesiadników – dzielimy się naszą pasją do gotowania z przyjaciółmi i rodziną. A skoro już gotujemy dla licznych gości, zaczynają nam do głowy przychodzić kolejne pomysły, takie jak otwarcie restauracji. Tak przynajmniej – w wielkim uproszczeniu było w przypadku rodzeństwa Janusza i Marka Borowców, właścicieli restauracji BO znajdującej się przy ul. Plebańskiej w Gliwicach.

– Zawsze lubiliśmy gotować. Nasza mama zaszczepiła w nas tę pasję, która rozwinęła się podczas naszych biznesowych podróży. Chcieliśmy się tym zamiłowaniem do dobrego jedzenia podzielić z innymi. I tak właśnie narodził się pomysł na otwarcie restauracji – mówi dziś Janusz Borowiec.

Choć od momentu, w którym po raz pierwszy o tym pomyśleli, do chwili, w której zaserwowali swoje pierwsze restauracyjne danie minęło kilka lat, gwiazdy im sprzyjały. Idealne miejsce na tego typu działalność znalazło się niemal samo – był to dom przy ul. Plebańskiej 5, który udostępnił im na ten cel serdeczny przyjaciel. Miejsce to niezwykłe, spinające ze sobą dwie ulice. Wewnątrz spora przestrzeń, zagospodarowana z dbałością o kameralną atmosferę spożywania posiłków. Restauracyjna sala przenika się z podwórzem, które zamienione zostało w atrium. Aranżacja restauracji jest pełnym klimatu tłem dla serwowanych w niej potraw. A w menu to, co zdaniem samych gospodarzy, najlepsze.

BO z niejednego  pieca jedli…

… ale na jeden piec się zdecydowali. Hiszpański Josper. Konkretny, jak ich podejście do smaku.

– Trafiliśmy na ten piec podczas jednej z naszych wizyt w Hiszpanii. To mercedes wśród pieców! – zachwala Janusz Borowiec. – Opalany jest węglem drzewnym, a temperatura, jaką można w nim uzyskać sięga 400 stopni Celsjusza. To pozwala na osiągnięcie optymalnych wyników przygotowania wszelkich potraw, a przede wszystkim mięs. W ich przypadku w krótkim czasie uzyskujemy zamknięcie się porów mięsa, a wewnątrz uwięziony zostaje oryginalny smak i soczysta konsystencja – dodaje.

Piec był idealnym punktem wyjścia do opracowania menu marzeń. Problemem okazało się jednak znalezienie odpowiedniego kucharza. Specyfika kuchni, jaką zamierzali serwować właściciele w połączeniu z deficytowym rynkiem otwartych na takie wyzwania kucharzy, stawiała przed BO kolejne schody do pokonania. Wspięli się na nie sami gospodarze, sprawnie i z pasją ucząc się tego, jak wyciągnąć z hiszpańskiego pieca to, co najlepsze. Przez pierwsze 2-3 lata restauracja serwowała dania przygotowane przez Janusza i Marka. Tak kształtował się charakter tego miejsca. Właściciele nie ukrywają bowiem, że serwują takie potrawy, które im najlepiej smakują. Od początku zresztą właśnie tymi swoimi kulinarnymi gustami chcieli się z nami podzielić.

BO na piątkę

W październiku mija 5 lat od otwarcia restauracji. Dziś za dwoma już hiszpańskimi piecami stoją dwaj ormiańscy kucharze. Przyjechali do Gliwic z kraju, w którym grillowanie doprowadzono do perfekcji. Są mistrzami tej kuchni, co w połączeniu z pasją właścicieli, jest gwarantem doskonałości potraw. Niemniej ważne od chęci i zaangażowania, są jednak produkty, z których przygotowane zostają posiłki. Wzorem najlepszych restauratorów, właściciele BO stawiają sobie za punkt honoru, by składniki ich dań były jak najwyższej jakości. W hiszpańskim piecu pieką się zatem hiszpańskie papryki. Oliwki oferowane w sześciu gatunkach, niedrylowane i prosto z solanki, sprowadzane są z Grecji, Turcji i Włoch. Grill złej jakości nie wybacza, zatem doskonałe musi być również mięso. I tu, prawdziwym wyzwaniem okazała się wołowina, która jest headlinerem w restauracji BO.

BO Polacy są jak wilki – kochają mięso

Niestety, w Polsce niemal nie istnieją hodowle ukierunkowane na sprzedaż dobrej jakości mięsa wołowego, z tzw. ras mięsnych – oceniają nasi rozmówcy. I wyjaśniają, że rasy mięsne mają inne proporcje kości i mięsa, a w fazie wzrostu są inaczej karmione. W naszym kraju na około 5,5 mln sztuk bydła, ponad 90% stanowi bydło mleczne. Zatem zaledwie 30 tys. bydła zakwalifikować można do ras mięsnych. Jednak mięso z nich, podobnie jak mięso z tzw. ras mieszanych, mleczno-mięsnych, właściwie nie trafia na rodzime stoły. Na pniu wykupują je importerzy. W sklepach natomiast króluje wołowina ze starego bydła, a dokładniej – z krów, które przestały już dawać mleko. Dlatego właśnie właściciele BO oferują wołowinę pochodzącą z cenionych argentyńskich hodowli. Marzy im się jednak (a marzenie to właśnie zmieniają w rzeczywistość), by serwować polską, ale dobrą wołowinę. Podjęli w tym zakresie rozmowy z rodzimymi rolnikami.

Także pozostałe produkty – warzywa, ryby a nawet chleb, muszą być najwyższej jakości. Sprostanie tym warunkom zaopatrzenia ułatwiają delikatesy przy ul. Krupniczej, które również należą do rodziny, i w których kupić można produkty z Hiszpanii, Francji, Grecji czy Włoch. Pieką tam i sprzedają również szoti – pieczywo z wody, mąki i soli, bez żadnych zbędnych dodatków. Ten wypiek serwowany jest także w naszej restauracji.

BO mają już stałych klientów

– i to uznają za jeden z wielu sukcesów osiągnięty uporem i ciężką, 5-letnią pracą. Wśród stałych bywalców BO jest sporo rodzimych i zagranicznych przedsiębiorców z gliwickiej podstrefy KSSE. To oni pierwsi docenili jakość serwowanych tu posiłków i powtarzalność smaku. Wiedzą, że w BO i stek i flaczki (przygotowywane przez mamę właścicieli) zawsze smakować będą tak samo dobrze. Zagraniczni goście nie ukrywają też, że służą im potrawy przygotowane w piecu o tak dużej skali temperatur. Przychodzą tu po prostu po jakość.

– Czego życzyć restauracji BO z okazji jej piątych urodzin? – pytam kończąc rozmowę i szykując się do wyjścia.

– Wielu fajnych klientów. Wszystkich, oprócz tych, którzy przychodzą i mówią: właściwie, to jesteśmy po obiedzie – żartują właściciele. I dodają, że tak naprawdę chcieliby przy swoich stolikach oglądać więcej rodzin.

Bo dzieci, jak alfabetu, trzeba uczyć smaku.