Dziennikarz Nowin Gliwickich, spiker Piasta Gliwice i człowiek legenda

W moim spikerskim życiu osiągnąłem wiele: prowadziłem Piasta od B klasy do Ekstraklasy, spikerowałem mecze gliwickiej drużyny w Lidze Europy, spotkania reprezentacji młodzieżowej Polski, no i miałem okazję pracować podczas towarzyskich konfrontacji naszej pierwszej reprezentacji z Czechami i Finlandią. Dostałem także propozycję bycia spikerem narodowym podczas Euro 2016 we Francji, ale z powodów osobistych zrezygnowałem, mówi Andrzej Sługocki, dziennikarz Nowin Gliwickich, spiker Piasta Gliwice i człowiek legenda.

foto: Irek Dorożański / www.piast-gliwice.eu

Jesteś dziennikarzem, więc w dziennikarskim skrócie: co doprowadziło Cię do miejsca, w którym teraz jesteś?
Jestem gliwiczaninem niemal od urodzenia. Lata dzieciństwa spędziłem na Sikorniku, dopiero jako pełnoletni uczeń technikum przeprowadziłem się na Zatorze. A jak Zatorze to wiadomo : Piast – tam grałem w piłkę.

Potem byłeś pierwszym trenerem gliwickich Piastunek. Z tego co wiem, w tym zespole grała twoja żona?
Zaczęło się od Elżbiety Kudły. Nauczycielka wychowania fizycznego w Technikum Kolejowym wpadła na pomysł stworzenia drużyny piłkarskiej kobiet. A ponieważ nie miała nikogo, kto mógłby tę piłkę dziewczynom pokazać, zrobiłem to ja. Kilka zajęć poprowadziłem na boisku, gdzie dzisiaj jest stadionowy parking przy Okrzei a kiedyś był szutrowy plac do gry. Jak się zrobiło wślizg, rany na kolanach i łokciach goiły się kilka tygodni.

Czyli trenowałeś Piastunki jako uczeń szkoły średniej?
Tak.

A jak się tam twoja żona pojawiła?
Była moją sąsiadką a jej przyjaciółka, Ola Lesiak, późniejsza reprezentantka Polski w piłce nożnej, zaczynała w Piastunkach i przyprowadziła Ewę na pierwszy trening.

Spory udział w utworzeniu drużyny i jej późniejszych sukcesach miał Piotr Werner, kiedyś międzynarodowy sędzia piłkarski, dziś promotor boksu zawodowego?
Na początku 1983 roku przy kawiarnianym stoliku siedziało trzech sympatyków sportu: Piotr Werner – sędzia piłkarski, Maciej Chudzikiewicz – trener szpadzistów i Jurek Wojewódzki – pasjonat sportu. To właśnie oni wpadli na pomysł, aby pod szyldem Klubu Sympatyków Piłkarstwa Gliwickiego, który stworzyli, zorganizować pierwszy oficjalny turniej mini piłki nożnej, wówczas pod nazwą „szóstki”oraz profesjonalną drużynę piłkarską kobiet. Piotr był biznesmenem i zainwestował w ten zespół. Funkcję trenera powierzył Henrykowi Rogozikowi, a ja byłem takim asystentem od wszystkiego. Graliśmy w lidze, ale mieliśmy coraz większe ambicje, więc klub zatrudnił kolejnego trenera – Józefa Drabickiego (prezesa Piasta Gliwice w latach 2010-2012). Też mu pomagałem, ale kiedy zacząłem studia pojawiło się więcej obowiązków…

To teraz o tobie. Jakie studia?
Z wykształcenia jestem socjologiem. Technik elektryk, który zawsze uwielbiał przedmioty humanistyczne, poszedł na uniwersytet. W technikum kolejowym znalazłem się kultywując rodzinną tradycję: dziadek i tato byli kolejarzami. A socjologia? Tu mała dygresja: w „kolejówce”, w klasie wyżej, był mój kolega Zenek Lisecki, który po maturze powiedział, że wybiera się na socjologię. Nie bardzo wiedziałem co to za dyscyplina naukowa, która wtedy kojarzyła mi się jedynie z radiowym hasłem „z socjologią na ty”. Ale Zenek wiedział jak wzbudzić moje zainteresowanie. Oświadczył, że po pierwszym roku wyjeżdża się na praktyki do Indii, więc zbudowałem sobie w głowie taki hinduski świat, który nota bene poznałem dopiero kilka lat temu podróżując do tego kraju.

A te praktyki?
Zenek jeszcze się załapał…. Ja już nie, ale studia były ciekawe.

A piłka nożna?
Na szczęście przygoda z piłką się nie skończyła. Dostałem propozycję z Piasta, żeby w czasie studiów trenować grupy młodzieżowe (tym razem chłopięce). Koordynatorem sekcji był śp. Leszek Dunajczyk. Ci chłopcy byli podstawą reaktywowanej drużyny Piasta w 1997 roku. W 1991 roku upomniała się o mnie armia i na pół roku poszedłem do wojska.

Gdzie pracowałeś po studiach?
Wylądowałem w Bumarze, w dziale zaopatrzenia. Byłem socjologiem od handlu rurkami! Diabelnie się w tym zaopatrzeniu dusiłem, przychodziłem do pracy i nie umiałem sobie znaleźć miejsca. Na szczęście ten stan trwał krótko. Dojeżdżał ze mną Zbyszek Kaszuba, kiedyś szef kadr w Bumarze. No i od słowa do słowa, zaproponował mi pracę w swoim dziale. Mieli psychologa i zapragnęli też socjologa. W tej firmie pracowałem do września 1994 roku, a potem już „Nowiny Gliwickie” . Z Bumaru mam świetne wspomnienia, na przykład te z białym maluchem w tle.

?
Prezesem Bumaru był w tamtych latach Eugeniusz Morawski, późniejszy minister przemysłu. Kiedy odszedł z firmy i został szefem resortu, zaczął się konflikt z górnikami, chodziło o restrukturyzację. Przeprowadzał ją podobnie jak w Bumarze, w oparciu o badania, które przygotowywaliśmy wspólnie z kolegami z działu kadr. No i się zaczęło. Górnicy przybiegli do nas: „panowie ratujcie, bo wasz były szef nas zamęczy!” – krzyczeli. Przeprowadziliśmy więc badania na kopalni a za honorarium kupiłem używanego „malucha”.

Jak nie kolejarz, to socjolog, jak nie socjolog, to dziennikarz…
Byłem nawet biznesmenem, ponieważ wspólnie z kolegami założyliśmy pierwsze w Polsce niepaństwowe biuro pośrednictwa pracy. Nazywało się Labora, ale wystartowaliśmy w złych czasach.

Jak trafiłeś z Bumaru do Nowin Gliwickich?
Bumar wydawał gazetkę „Sztandar Metalowca”, w firmie był też radiowęzeł. Pracowali tam radiowiec śp. Marek Kaczor i dziennikarz prasowy Marek Jurkiewicz. Kumplowałem się z nimi. Z Markiem godzinami dyskutowaliśmy o sporcie. Wiedział, że lubię pisać. Któregoś dnia powiedział, że kończy pracę w Bumarze i chce do „Nowin Gliwickich”. Gazetę znałem, zawsze była u mnie w domu. Nie minęło pół roku, kiedy Marek dzwoni do mnie i mówi: „Andrzeju, czy nie chciałbyś zostać dziennikarzem sportowym?” Spróbowałem. Do dziś pamiętam swój pierwszy dzień: posadzono mnie przy biurku, dano kilka faksów i powiedziano – rób stronę sportową. Spociłem się ze strachu, nie poszedłem do toalety i cały dzień nic nie jadłem. Teksty pisałem ręcznie, a przepisywała je, na maszynie, Lidzia Geremek. Szybko sam nauczyłem się to robić, a później już nadeszła era komputerów. W „Nowinach” jestem już niemal 23 lata.

Przejdźmy teraz do pracy z mikrofonem na stadionie…
Był rok 1996. Od dwóch lat zawodowo interesuje się sportem i zaczynają dochodzić głosy o reaktywacji Piasta. Ludzie identyfikowali mnie z klubem, więc przyszli do redakcji nadać ogłoszenie o tym, że drużyna chce wystartować w rozgrywkach i szuka zawodników. Na pierwszym treningu pojawiło się kilkadziesiąt osób, a rok później, w1997, klub rozpoczął batalię o ligowe punkty. To były kapitalne czasy. Niesamowity entuzjazm! Biznesmeni nie żałowali pieniędzy. Jeden zatrudnił piłkarza, inny woził zawodników swoim autokarem na mecze, jeszcze inny wyposażył siedzibę klubu przy Zwycięstwa. Potem wspólne cele przyćmiły osobiste ambicje i przyjaźnie się posypały. Ale to temat na inną historię. W 1998 roku po raz pierwszy, jako dziennikarz, poszedłem na mecz. Spikerem był wówczas… Leszek Dunajczyk. Kilka miesięcy później zastąpił go Piotr Nagel, a zaraz potem dołączyłem ja. Od 20 lat stanowimy z Piotrkiem nierozłączny duet. Jesteśmy chyba jedynymi spikerami w Polsce, którzy przeszli ze swoim zespołem od B klasy do Ekstraklasy.

A co jest najistotniejsze w pracy spikera? Wydaje się, że on po prostu zagrzewa do walki
Kiedy trzymam na meczu mikrofon zawsze przez głowę przebiega mi myśl, że mam w ręku potężny oręż. Dlatego trzeba być powściągliwym w wyrażaniu emocji.

Czego nie wolno ci robić?
Od momentu rozpoczęcia meczu do ostatniego gwizdka mam precyzyjne wytyczne co mogę mówić: zmiany, kartki i ważne komunikaty. Na emocje pozwalam sobie wyłącznie przy celebrowaniu goli, zdobytych przez naszych zawodników.

Przed Tobą stoją cztery złote mikrofony, za co zostałeś uhonorowany?
Za wzorową pracę podczas meczów Piasta Gliwice. Tak napisano na tabliczkach. Kilka razy wybrano mnie najlepszym spikerem Ekstraklasy w Polsce. Szczerze mówiąc nawet nie wiedziałem, że prowadzą takie rankingi. Pierwszy mikrofon zdobyłem w sezonie 2013/2014, a o wygranej poinformował mnie klub.

Oprócz tych złotych mikrofonów, w 2015 roku uhonorowano cię w jeszcze jeden sposób. Spikerowałeś we Wrocławiu mecz Polska – Czechy.
Rzeczywiście zaproszono mnie do Wrocławia, do poprowadzenia meczu reprezentacji narodowej z Czechami. Nie od razu się zdecydowałem, ale w końcu uznałem, że prestiż jest ważny. Pojechałem tam dwa dni wcześniej. Spikerzy, podobnie jak piłkarze, również mają swoje treningi. Wszystko musi grać jak w szwajcarskim zegarku. Role związane z tym sportowym widowiskiem są precyzyjnie zaplanowane, tym bardziej nie ma czasu na emocje. Ale udało mi się trochę tego mojego szaleństwa przemycić. Aaa, dodam, że podczas tego meczu mówiłem po czesku. Nie znam tego języka, ale skorzystałem z pomocy klubowego tłumacza (Piast ma czeskiego trenera – red.) i żony mojego kolegi, która też zna czeski. Nauczyli mnie fonetycznej wymowy i jakoś poszło. Powiedzieli nawet, że mam dobry akcent. W moim spikerskim życiu osiągnąłem wiele: prowadziłem Piasta od B klasy do Ekstraklasy, spikerowałem mecze gliwickiej drużyny w Lidze Europy, spotkania reprezentacji młodzieżowej Polski, no i miałem okazję pracować podczas towarzyskich konfrontacji naszej pierwszej reprezentacji z Czechami i Finlandią. Dostałem także propozycję bycia spikerem narodowym podczas Euro 2016 we Francji, ale z powodów osobistych zrezygnowałem.

Jako spiker jesteś kolejnym zawodnikiem swojej drużyny? Tak jak kibice?
Bez przesady! Znam swoje miejsce, wiem jaką robotę muszę zrobić. Oszczędny w słowach, ale jak trzeba wulkan emocji. Czasem uda mi się coś zabawnie spuentować – „niecieczański słoń powalony po raz pierwszy”, „hiszpański golreador znowu celnie trafił”. Podoba się też kibicom: „jeszcze siedem”, zamiast „jeszcze jeden”.

Czy ktoś pamięta te wstawki?
Myślę, że tak. Kiedyś przed meczem z Lechem Poznań przygotowałem dzwonek peronowy i kiedy zdobyliśmy gola puściłem go, a potem wykrzyczałem: „Uwaga, uwaga! Tu stacja Okrzei, poznańska lokomotywa wykoleiła się w Gliwicach…”. Ludzie gratulowali mi tego pomysłu. A po strzeleniu gola Pogoni Szczecin włączyłem przez głośniki okrętową syrenę i krzyknąłem „Alarm w porcie Szczecin”. Ta ostatnia akcja nie spodobała się… delegatowi (śmiech).

Więc warto na Sługockiego przychodzić na mecze?
Warto wspierać dopingiem Piasta.

Czy była taka sytuacja, kiedy poczułeś, że jest groźnie i nie jesteś w stanie sobie poradzić?
Tak, w 2006 roku podczas meczu przy Okrzei z Ruchem Chorzów. Nie mieliśmy wtedy z nimi dobrych relacji. Była naparzanka kibiców, wjechała polewaczka, poleciały kamienie. Siłą spokoju udało mi się trochę pomóc i sprawić, że kibice wrócili na miejsce. Drugi raz nie chciałbym tego przeżyć. Zimna głowa to podstawa w pracy z mikrofonem. Nawet, jeśli prywatnie nie lubię Górnika Zabrze, bo od dziesięcioleci jestem kibicem Piasta, to czy to się komuś podoba czy nie, zawsze powitam ich na stadionie.

Można powiedzieć, że tak jak kiedyś trenowałeś młodzież, tak teraz trenujesz kibiców?
Dbam o to, by stadion nie był obyczajową kloaką. Wiem – sport to adrenalina, emocje. Ale zależy mi, żeby było tam choćby minimum kultury. Dlatego czasem powtarzam: „Stadion to nie opera, ale jednak jakieś podstawy kultury obowiązują” albo, że „z benedyktyńską cierpliwością bardzo proszę o kulturalny i sportowy doping”. To czasem pomaga. Inni koledzy stosują swoje tricki: czytają wyniki ligi chińskiej albo ogłoszenia parafialne. Właściwe reagowanie na złe emocje na stadionie jest jednym z naszych podstawowych zadań. Zresztą w Gliwicach jest lepiej niż na innych stadionach. Mamy naprawdę znakomitych kibiców a ja cholernie lubię tę robotę przy Okrzei!

Gliwice, styczeń 2017 rok