Jestem szczęśliwy w Gliwicach

Ten klub i to miasto dały mi wszystko, gdy ja nie miałem nic. Zawsze będę to powtarzał, mówi Gerard Badia, piłkarz Piasta Gliwice, katalończyk, który został gliwiczaninem i kapitanem Niebiesko-Czerwonych.

Dlaczego Gliwice? Co jest takie wyjątkowe w tym mieście, że chcesz w nim mieszkać?
Cztery lata temu dostałem propozycję gry w Piaście, zaakceptowałem ją i odtąd mieszkam w Gliwicach. Jestem z tego zadowolony, bo to miasto bardzo odpowiada mojej rodzinie i mnie. Można powiedzieć, że zostałem tutaj nie tylko z powodu pracy.

Jakie były twoje początki w Gliwicach?
Pierwszy rok nie był łatwy, bo mieszkałem w hotelu. Wtedy w ogóle nie znałem Gliwic. Miałem swoją rutynę: hotel – trening – centrum handlowe – hotel – trening – hotel… To się jednak zmieniło, kiedy przeniosłem się do mieszkania. Od tamtego czasu z każdym kolejnym dniem poznaję i lubię to miasto coraz bardziej.

Opalenica 05.07.2017 Ekstraklasa. Fot. Irek Dorożański / Newspix.pl

To nie było tak, że w poznawaniu miasta przeszkadzali ci inni Hiszpanie, którzy grali wówczas w Piaście?
Tak, cały czas byliśmy razem. Czy to w hotelu czy w centrum handlowym… Bywało tak, że po trzy godziny dziennie siedzieliśmy np. stacji benzynowej, gdzie piliśmy kawę. Tam był punkt spotkań z Rubenem Jurado i Carlesem Martinezem.

To kiedy zacząłeś tak naprawdę poznawać Gliwice?
W momencie, w którym kupiłem rower. (śmiech) Miałem samochód, ale korzystałem z niego tylko, gdy jechałem na treningi. Później wszyscy kupiliśmy rowery… Pamiętam dzień, w którym byłem bardzo zmęczony, a Carles i Ruben pojechali na rynek. Powiedzieli mi, że jest tam bardzo przyjemnie, więc następnego dnia już musieliśmy udać się tam razem.

Czy w Gliwicach jest gdzie pojeździć na rowerze?
O to musisz spytać Carlesa. (śmiech) W pierwszy dzień miał mały wypadek… Jechał rowerem i przednie koło wsunęło mu się pomiędzy szyny tramwajowe. Trochę poobijał sobie nogę. Teraz mogę o tym mówić, ale wtedy wyglądało to groźnie. A tak na poważnie – w Gliwicach jest sporo dróg rowerowych i przyjemnie się po nich jeździ.

Wróćmy do tej wycieczki na rynek. Pojechaliście tam i co później? Byłeś tam po raz pierwszy?
Tak, pojechaliśmy i gdy zobaczyłem rynek od razu zadzwoniłem do mojej żony i powiedziałem, że wyprowadzamy się z hotelu, bo chcę mieszkać na starym mieście!

To było po roku od twojego przyjazdu do Gliwic!
Niecały rok. Szybko znaleźliśmy mieszkanie na Kaczyńcu… od tego czasu przeprowadzaliśmy się trzy razy, ale wciąż do mieszkań w obrębie centrum. Ja chcę mieszkać blisko rynku, lubię towarzystwo ludzi. Poza tym, uwielbiam gdy rano idę na spacer i w mam pod ręką wszystko: kawiarnie, restauracje i sklepy. Jest też targ, gdzie moja żona może zrobić szybko zakupy. Nie potrzebujemy dużego domu, bo najważniejsza dla nas jest lokalizacja.

Kiedy dołączyła do ciebie Gemma, twoja żona?
Przyjechała, gdy urodziła Valerię, czyli jakieś dwa i pół roku temu. Jestem z moją żoną już sześć lat, ale przed przyjazdem do Gliwic nie mieszkaliśmy razem. W Hiszpanii Gemma była w swoim mieście, a ja żyłem tam gdzie grałem. Widywaliśmy się tylko w weekendy. Narodziny Valerii wszystko zmieniły…

Co to znaczy?
To był dla nas najtrudniejszy moment w życiu. Wszystko działo się już po tym, jak Valeria się urodziła. Żona leżała w szpitalu w Barcelonie i zaczęła ją boleć głowa. Lekarz stwierdził, że to normalne i żeby się tym nie przejmować. Trzy dni później wyleciałem do Polski, a Gemma wróciła do domu. Przed pierwszym treningiem po moim powrocie zadzwoniła do mnie mama i powiedziała: „Gemma trafiła do szpitala i jest w śpiączce.” Pamiętam, że byliśmy wtedy na zgrupowaniu. Poszedłem porozmawiać z Tomkiem Podgórskim, który był kapitanem i spytałem czy może pójść ze mną do trenera, bo muszę natychmiast wracać do Hiszpanii.

Powiedział: „Nie musisz do nikogo iść, ja dzwonię do prezesa, a ty jedź na lotnisko.” Widział moją twarz i wiedział, że coś się dzieje. Prezes stwierdził to samo… Poleciałem do Hiszpanii i spędziłem tydzień z moją żoną, aż wróciła do zdrowia.

Od tego momentu patrzymy z Gemmą na życie z innej perspektywy. Było ciężko, ale przez tę sytuację nasze relacje stały się jeszcze lepsze. Nie tylko jako para, ale również jako rodzina. Wiemy kto jest dla nas ważny, a kto nie, bo życie może się zmienić w ciągu jednej sekundy… Po tej historii stwierdziliśmy, że musimy zamieszkać razem. Rodzina musi być blisko siebie.

Twoja żona wyzdrowiała i razem z Valerią dołączyły do ciebie w Gliwicach. Jak wyglądały ich pierwsze chwile w naszym mieście?
Na początku było ciężko…

Dla nich czy dla was?
Dla wszystkich… Dla nas to było coś nowego, bo pierwszy raz zamieszkaliśmy razem i mieliśmy już córkę. Dobrze, że moja praca wyglądała wówczas tak, że na treningach byłem tylko rano. Dzięki temu obiady jedliśmy wspólnie i popołudnia spędzaliśmy razem. Moja żona nie rozmawiała po polsku, więc obawialiśmy się, że może być z tym kłopot. Dogadywała się w języku angielskim i nie wiem dlaczego, ale gliwiczanie od razu ją zaakceptowali. Ludzie pozdrawiają ją na ulicy, pytają o Valerię. Czujemy, że wszyscy są do naszej rodziny przyjaźnie nastawieni. Dlatego też, gdy jadę na obóz czy na mecz wyjazdowy to jestem o nią spokojny. Mamy tutaj wielu znajomych i przyjaciół. Wiem, że ktoś zawsze pomoże, gdy pojawi się jakiś problem. To jest dla nas bardzo ważne.

A gdzie teraz mieszkacie?
Mamy fajne mieszkanie na ul. Korfantego. Jestem z niego bardzo zadowolony. Mamy też ładną okolicę, bo jest blisko do parku i rynku. Jest bardzo przyjemnie. Wiesz, ja o Gliwicach mogę mówić tylko dobre rzeczy. Ten klub i to miasto dały mi wszystko, kiedy ja nie miałem nic. To był najlepszy prezent, który mogłem dostać. Od pierwszego dnia ludzie z Gliwic są dla mnie bardzo mili. Nie wiem dlaczego tak się dzieje… Może dlatego, że jestem otwarty i lubię rozmawiać z innymi. Lubię pozytywną energię i takimi ludźmi staram się otaczać. Kiedy jestem na spacerze i widzę starszą panią z pieskiem to podchodzę i zagaduję. Pytam się jak się czuje i co u niej słychać. Lubię takie pogawędki. Czasami wystarczy minuta lub zwykłe „cześć”. To jest chwila, która dużo znaczy. W Gliwicach czuję się jak w domu, bo ludzie oddają mi tę pozytywną energię. Pytają mnie o moją córkę i inne rzeczy. Dla mnie to jest mega!

Jeszcze przed twoim przedłużeniem kontraktu żartowaliśmy, że jeśli nie będziesz chciał podpisać nowej umowy to weźmiemy cię do marketingu, bo masz świetne pomysły. Chodzi o sytuację z chłopakiem, któremu postanowiłeś dać koszulkę lub o Mannequin Challenge Piasta, którego byłeś inicjatorem.
No tak… Możesz zrobić Mannequin Challenge na różne sposoby. Siadasz sobie w szatni, jesteś spokojny i nagrywasz. Moje pytanie jest jednak takie czy chcesz to zrobić czy chcesz to zrobić bardzo dobrze? Ja wybrałem to drugie. Jeśli ma to wyjść to trzeba pokazać szalone rzeczy, żeby ludzie cię zapamiętali. Nie miałem na sobie ubrania, ale to było zabawne. Nasz Mannequin Chalennge wyszedł super.

A ty wystąpiłeś w nim nago…
Wiedziałem, że gdy tak zrobię, to będzie zabawnie (śmiech).

A co na to twoja żona?
Gemma zna mnie od wielu lat. Od zawsze jestem taki sam… W Hiszpanii mówią na takich jak ja „grupowi klauni” (śmiech). Taki mam charakter i nie będę się zmieniał. Oczywiście, gdy ubieram korki, koszulkę i wybiegam na boisko to jestem inny. Wtedy nie żartuję, dużo mówię i jestem bardziej agresywny oraz cały czas skupiony. Mecz się kończy i kończy się „Gerard piłkarz”, a wraca „Gerard normalny człowiek”. Według mnie tak musi być. Pytałeś jednak, co na to moja żona. Bardzo jej się podobało to co zrobiliśmy. Jej mama i wszystkie koleżanki pisały „co ten Gerard?” i „jaki on szalony!”. To jest miłe!

Jesteś już tutaj kilka lat, ale zdecydowałeś się zostać i podpisać dwuletni kontrakt z Piastem.
Dobrze się tutaj czuję. Nie tylko w zespole, ale także w klubie. Mam ze wszystkimi świetne relacje. Czuję, że jestem ważnym zawodnikiem dla drużyny. Muszę to okazywać na boisku, bo to ogromna odpowiedzialność. Negocjacje nowej umowy były długie, ale pierwszego dnia rozmów byłem zdecydowany pozostać w Piaście. To właśnie w tym klubie przeżywam najlepszy okres w mojej karierze.

Czuję się tutaj szczęśliwy, więc musiałem zostać w Gliwicach. Dopiero w tym mieście poczułem się jak piłkarz.

Wcześniej w Hiszpanii tak nie było. Teraz lubię to co robię… Uwielbiam grać przy Okrzei 20. Wiem, że nie jest to największy stadion w Polsce, ale czuję się na nim wyjątkowo.

Jak przez te wszystkie lata kiedy tu jesteś zmieniła się drużyna?
Poziom poszedł bardzo do góry. Gdyby teraźniejsza drużyna spotkała się z zespołem Piasta sprzed czterech lat to bez problemu wygra 3-0. W kadrze jest wielu dobrych piłkarzy.

Widzisz jakiś związek pomiędzy miastem a klubem?
Prawdą jest, że przez lata mojej bytności w klubie Gliwice również się zmieniły. To samo powiedział mi Carles, który grał tutaj, wrócił do Hiszpanii i teraz po dwóch latach przyjechał do Gliwic na wakacje. Powiedział, że zarówno klub, jak i miasto bardzo się zmieniły. Gliwice z każdym dniem stają się ładniejsze i bardziej nowoczesne.

Jak uważasz, dlaczego Piast rozwinął się tak mocno w ciągu ostatnich lat?
Myślę, że ze względu na świetną atmosferę panującą w tym klubie. My piłkarze, jesteśmy takimi samymi pracownikami Piasta jak np. ludzie z administracji. Tutaj nie ma podziałów. Jeśli chcemy tworzyć dobry klub to wszyscy musimy trzymać się razem. Jestem w klubie już cztery lata i od pierwszego dnia traktuję wszystkich jak dobrych znajomych. Lubię przebywać w szatni z chłopakami, ale lubię też pójść na górę i rozmawiać z ludźmi w biurze. To ile energii oni mają jest naprawdę niesamowite! Między nami jest dobra komunikacja i każdy na tym korzysta. Bardzo miłe jest to, gdy pan ochroniarz pyta o moją córkę i żartuje”jak się czuje moja wnuczka?” (śmiech)! To jest super i to buduje coś wielkiego.

Na pytanie czy pieniądze są najważniejsze w piłce Konstantin Vassiljev odpowiedział: „Dla mnie najważniejszy jest szacunek drugiego człowieka”. Zgadzasz się z tym?
To prowokujące pytanie, ale Kostia odpowiedział na nie idealnie. W naszej rozmowie użyłem więcej słów, a faktycznie miałem to samo na myśli. Pieniądze są ważne, ale gdyby były najważniejsze to myślę, że już nie grałbym w Piaście. Tutaj jestem szczęśliwy. Gdy gram dla Piasta to czuję radość. Powiem jeszcze raz – ten klub i to miasto dały mi wszystko, gdy ja nie miałem nic. To jest coś, co będę wciąż powtarzał.

rozmawiali: Karol Młot i Maciej Smolewski / piast-gliwice.eu
2017, lipiec