Koty nie zawsze spadają na cztery łapy…

Ludzie przebywający z kotami mają mniejsze problemy z wysokim ciśnieniem i tętnem, a także, że częstotliwość, w jakiej mieści się kocie mruczenie na właściwości przeciwbólowe, twierdzi z przekonaniem Małgorzata Biegańska-Hendryk, kocia behawiorystka w rozmowie z Adrianą Urgacz-Kuźniak

Wiedziałam od czego zacznę naszą rozmowę. Od bajek, w których koty były nie mniej złymi od swoich właścicieli, towarzyszami wiedźm i czarnoksiężników. Jednak gdy tylko zaczęłam „googlować” kocich bohaterów, natrafiłam na Filemona, Kota w Butach i Garfielda. Skąd zatem w naszej podświadomości to symboliczne przypisywanie kotom złych mocy?

Tak naprawdę to wynika z wydarzeń, które miały miejsce na przełomie XV i XVI wieku. Kot zawsze traktowany przez ludzi z rezerwą, ze względu na nocny tryb życia i sposób polowania. Pamiętaj, że to my nauczyliśmy te zwierzęta aktywności w ciągu dnia. Dawniej był to dla nich czas, gdy spały.

Aktywne stawały się po zmroku. Nie bardzo widoczne ze względu na ciemne umaszczenie, pojawiały się znikąd, lub przemykały cieniem po wąskich uliczkach. Naturalnymi kolorami sierści kotów europejskich są bure i czarne. No i ta nieszczęsna wyściółka kociego oka, która odbija światło! Ludzie nie rozumieli tego zjawiska, więc bali się tych świecących kocich oczu.

Do tego ruje – koty w ich trakcie się drą i biją.

No właśnie. U żadnego innego gatunku funkcjonującego w otoczeniu ludzi nie obserwujemy podobnych zachowań. Wszystko to razem skumulowane powodowało, że koty były negatywnie odbierane i traktowane – w pewnym momencie tak samo, jak osoby posądzane o czary. Je również palono, topiono, obdzierano ze skóry. W niektórych miejscach przeszło to nawet do tradycji. W pewnym mieście we Francji jeszcze do niedawna co roku wielkim wydarzeniem było publiczne palenie kotów. Na szczęście już się to skończyło.

Dla epoki nowożytnej diabły i demony były inaczej rozumiane niż dziś – były elementami funkcjonowania świata, czymś z pogranicza przyrody. XVI wiek ugruntował tezę o demoniczności kota, jego konszachtach z diabłem i towarzyszeniu wiedźmom. To jednak także łatwo wytłumaczyć – współcześnie również najczęściej to panie są właścicielkami kotów. Być może zatem wtedy było tak samo – samotne kobiety opiekowały się kotami, a nieświatły lud dopowiadał sobie do tego legendę…

… która dziś odbija się echem m.in. w wierze w to, że „czarny kot ci przejdzie drogę, będzie źle”…

Takie legendy są bardzo mocno zakorzenione w ludziach. Z ich skutkami borykają się bardzo często osoby zajmujące się adopcją. Statystycznie w schroniskach na nowych właścicieli czeka najwięcej czarnych kotów. Kto by pomyślał, że mamy XXI wiek… Ja mam czarnego kota, moja mama również i jakoś nie cierpimy na chronicznego pecha. Proszę, odłóżmy ten mit między bajki…

Dobrze, ale zapytam o inny. Kotom przypisuje się bardzo dużo właściwości leczniczych. Czy słusznie?

Nie tylko się przypisuje, ale są one nawet potwierdzone naukowo. Kot jest zwierzęciem bardzo spokojnym, jak już chce nawiązać kontakt z człowiekiem, robi to bardzo subtelnie. Siądzie obok, pozwoli się pogłaskać, czasem wejdzie na kolana (choć nie każdy i nie należy tego od kota wymagać). Interakcja z kotem wymaga od nas spokoju. Jeśli my zaczniemy wykonywać gwałtowne ruchy, kot nie będzie chciał przebywać w naszym otoczeniu. Zatem koty nas wyciszają, koją nerwy.

Stwierdzono również, że ludzie przebywający z kotami mają mniejsze problemy z wysokim ciśnieniem i tętnem, a także, że częstotliwość, w jakiej mieści się kocie mruczenie na właściwości przeciwbólowe (również dla samych kotów) i wpływa na szybkość zrostu złamań. Więc jeśli mamy kota, który lubi mruczeć i kładzie się na naszą złamaną nogę, to cieszmy się, bo nas leczy.

A robi to bo chce nam pomóc, czy mruczy tylko dlatego, że taka jego natura?

Wydaje mi się, że wiele kotów pomaga świadomie. Jest taki kocur, Rademenes, który na stałe mieszka w pewnej bydgoskiej lecznicy. Okazało się, że dogrzewa inne koty po zabiegach. Altruistycznie leży przy tych, jeszcze nie wybudzonych, nie czerpiąc z tego żadnej korzyści, a one dzięki temu szybciej dochodzą do siebie. Świat na jego punkcie oszalał! Dlatego sądzę, że koty mogą mieć świadomość tego, że pomagają drugiemu stworzeniu –trzeba wiedzieć, że koty nie dzielą otoczenia na ludzi i nie ludzi, tylko na towarzyszy i nie towarzyszy. Bez względu na gatunek.

Rozprawmy się zatem z ostatnim mitem. Czy kot ma 7 żyć i spada zawsze na 4 łapy?

Kot nie ma 7 żyć i nie spada na 4 łapy. To prawda, że koty skaczą – jest to dla ich gatunku działalność właściwa. Dla kota też – ze względu na to, że on jest w naturze i drapieżnikiem i ofiarą – naturalnym kierunkiem ucieczki jest kierunek w górę. On nie jest dobrym długodystansowcem. On jest dobrym sprinterem. Jak musi uciekać biegnie, ale szuka sobie wysokiej kryjówki, z której potem najczęściej musi zeskoczyć. I tu dochodzimy do sedna – kot ma naturalny mechanizm obracania się. Żeby kot obrócił się łapkami w dół potrzebuje w minimalnych warunkach 30 cm. Ale to nie znaczy, że jest odporny na grawitację. Jego stawy i kościec mają swoją wytrzymałość. To, że koty wypadają z niezabezpieczonych okien i balkonów jest niedopatrzeniem ze strony właściciela, niedopilnowaniem zwierzęcia. Bo kot nie jest w stanie ocenić wysokości. Ocenia odległość tylko na tyle, na ile sam z tego dystansu korzysta. Jest w stanie ocenić wysokość, jaka jest ze stołu do podłogi. Ale nie potrafi określić, jak daleko jest z balkonu do ziemi. Dla niego to jest „mnóstwo”.

Na tym, bynajmniej, nie skończyła się rozmowa z Małgorzatą Biegańską-Hendryk… O tym, czy koty powinny chodzić na smyczy i załatwiać potrzeby na ludzkich sedesach, a także o tym, dlaczego ludzie dzielą się na psiarzy i kociarzy (i czy zawsze), przeczytacie w kolejnym wydaniu Magazynu Prestiż Gliwice.

Adriana Urgacz-Kuźniak

Małgorzata Biegańska-Hendryk, kocia behawiorystka, gliwiczanka, autorka książki „Co jest kocie”. Jej cenne rady w kocich sprawach znaleźć można na blogu kocibehawioryzm.pl