Narkotyk Katarzyny Groniec

Katarzyna Groniec o nowej płycie: Każdy ma swoją Ziemię Obiecaną. Coś za czym tęskni, czego mu brak, co chciałby, a nie może albo miał i utracił. Ziemia Utracona. Dobry tytuł na tomik poezji gdyby nie był parafrazą T.S. Eliota. „Najokrutniejszy miesiąc to kwiecień” pisał poeta w „Ziemi Jałowej„. To prawda. Niezłe też bywają te poprzedzające kwiecień… ale co z tego? W końcu i tak nadchodzi wiosna.

Ach!, bo taki jest tytuł nowego albumu, opowie o ziemi jałowej, ziemi utraconej i, wreszcie, ziemi obiecanej do której docieramy, rozmieniamy ją na drobne i znów tracimy. I od początku, bo wszystko jest cyklem co jakiś czas kończącym się dobrze! W końcu wracamy do życia, ale pod jednym warunkiem. Że wciąż mamy kogo kochać. Czy jestem szczęśliwa? Tak. Właściwie mogłabym powiedzieć: jak nigdy dotąd. Spokojna, jasna, świadoma. Dlaczego więc moje piosenki są smutne? Nie wiem. Najłatwiej byłoby powiedzieć (często to mówię na odczepnego) – bo lubię smutek. I nie mówić nic więcej. Ale to jest coś więcej. Coś, co wypływa gdzieś z głębi, z trzewi, kiedy zdarza mi się układać melodię i dopasowywać do niej słowa. Jak gdybym zapadała się w jakiś inny świat pełny echa i błękitu, który swoim pięknem onieśmiela tę drugą, starającą się twardo stąpać po ziemi, mnie. Z kolei ta druga ja, którą zawstydza miękkość tej pierwszej, potrafi ten melancholijno-lazurowy świat bezlitośnie wykpić. Wyciągam zatem samą siebie z błękitnego jeziora za włosy, jak baron Munchhausen wyciągnął siebie z bagien, a potem znów w to jezioro nurkuję.

Czy zatem kłamię tak jak on? Bardzo możliwe…

Poniżej prezentujemy obszerny fragment wywiadu z 2017 roku z pochodzącą z Gliwic piosenkarką.

Ten zawód niesie dużo rozczarowań. Ale te momenty, które kompensują to rozczarowanie, są miliard razy silniejsze i dlatego to jest jak narkotyk. Trudno to rzucić. W cholerę… mówi piosenkarka i aktorka Katarzyna Groniec w garderobie, po koncercie na scenie Bajka w Gliwicach.

Pani Katarzyno, urodziła się Pani w Zabrzu, ale do szkoły chodziła w Gliwicach. Jak wspomina Pani te czasy?

Różnie. Zależy, który etap.

Zacznijmy od początku. Podstawówka, przedszkole?

Podstawówkę bardzo dobrze wspominam. Chodziłam do Dwudziestki na Jana Śliwki, to są moje chyba najlepsze wspomnienia i jeśli w ogóle szkoła może być fajna, to mnie tam było dobrze.

To podstawówka. A szkoła średnia?

Średnia – ja zmieniałam średnie. Miałam strasznie dużo średnich.

A w Gliwicach?

W Gliwicach dwie. Najlepsze wspomnienia mam z Jedynki, do której chodziłam przez rok. Na Zimnej Wody. Tam miałam cudowną żeńską klasę, co mnie na początku przeraziło, bo, kurczę, pomyślałam sobie, że będzie nudno i fatalnie. Same baby. Ale to była świetna klasa, świetne dziewczyny, z łezką w oku wspominam szczególnie naszą paczkę dwóch ławek trzymających się razem. Naprawdę to są wspaniałe wspomnienia.

Ale to był jeden rok.

To był rok. Jak wiadomo, Jedynka i Piątka to były szkoły, które się ścigały w rankingach, która jest najlepsza, i raz jedna, raz druga wygrywała, więc poziom był dość wysoki, i trzeba było się po prostu uczyć. Mając liceum do godziny, powiedzmy, piętnastej, a od szesnastej szkołę muzyczną, nie było czasu tak na dobrą sprawę na zespół, a nam chodziło o to, żeby grać muzykę rozrywkową. Uczyliśmy się oczywiście klasyki, ale nie wolno było grać muzyki rozrywkowej. To były jeszcze takie czasy, że nie było to mile widziane w szkole muzycznej, no i po prostu wpadliśmy na pomysł (nie chcę obrazić Czwórki, ale…), że w Czwórce nam jakoś pójdzie…Troszkę obniżyliśmy loty, krótko mówiąc i poszliśmy do Czwórki.

My – to znaczy kto?

Mój chłopak chodził do Piątki, ja do Jedynki. Stwierdziliśmy, że w tej sytuacji przeniesiemy się razem do Czwórki, będziemy mieć trochę wolnego. (śmiech) No i tak zrobiliśmy. A potem jeszcze, w trzeciej klasie liceum, wyjechałam już do Warszawy, tak że miałam kilkuletnią przerwę w edukacji i ostatni rok skończyłam w Warszawie.

Z tego, co wiem, nie bez powodu edukacja skończyła na tej trzeciej klasie, bo wygraliście …

Po prostu jeździliśmy na różne eliminacje, wygrywaliśmy różne przeglądy piosenek. Pojechaliśmy również na eliminacje do musicalu „Metro” i dotarliśmy szczęśliwie do ostatniego etapu.

Dotarliśmy”?

Tak, razem z moim ówczesnym chłopakiem Piotrem Hajdukiem, który teraz mieszka w Warszawie, robi bardzo fajne rzeczy, został zawodowym muzykiem.

Jak Pani wspomina szkołę muzyczną w Gliwicach, oprócz tego, że nie można było grać muzyki rozrywkowej? Jaka to była klasa?

Ja byłam na flecie, bo tak się złożyło, że był akurat wolny. I na fortepianie. Flet to nie była moja pasja, poza tym miałam takiego nauczyciela, który godoł do mnie „Dziołcha, z ciebie to nic nie bydzie… Nie słyszałaś, tam kolega gra. Mieliśmy takiego super chłopaka na flecie, który zbierał wszystkie nagrody, niejaki Frysztacki. Wiedziałam, że do Frysztackiego, to ja, po prostu, lata świetlne… Koniec końców, najfajniej wspominam kształcenie słuchu. Prowadziła taka już starsza nauczycielka, pani profesor Zachariasiewicz. Bardzo się jej baliśmy, ale też ją lubiliśmy bardzo. Pisaliśmy dyktanda na przykład zamykani w szafach. Ci, od których można było ściągnąć, byli rozsadzani w jakichś dziwnych miejscach i ja na przykład pisałam w szafie.

Na czym polegały dyktanda w szkole muzycznej?

Gra się melodię i trzeba to ze słuchu zapisać w formie nut.

Wrócę jeszcze do jednego wspomnienia. Podobno zadebiutowała Pani jako dziecko, wykonując „Mazurek Dąbrowskiego”.

To są takie rodzinne legendy, nie wiem, ile w tym prawdy. Moja siostra jest ode mnie starsza siedem lat, i miałam, powiedzmy, niecałe dwa, kiedy ona szła do komunii, a ja bardzo lubiłam występować. W zasadzie o to mnie nie trzeba było prosić. Trzeba mnie było błagać, żebym przestała. Więc jak tylko dostałam jakiegoś takiego szwungu, że są goście i wolno wystąpić, to zaśpiewałam to, czego się akurat nauczyłam, a tata uczył mnie „Mazurka Dąbrowskiego”.

Tata uczył”. Ale uczył dlatego, że dziecko hymn powinno umieć śpiewać?

Tak, tata nas w ogóle uczył takich dziwnych rzeczy. Moja siostra na przykład odmawiała pacierz wieczorem, a na koniec tego pacierza (byłam przekonana, że to jest w ogóle część pacierza), po „Aniele Boży” mówiła: „Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie, napisał Adam Mickiewicz. Amen”.

Z tego, co jeszcze wyczytałem, Pani przede wszystkim lubiła jazzować.

Nie, to nie jest prawda. To było przez przypadek.

Czyli bardziej muzyka rozrywkowa?

Skoro rozrywkowa, to ten jazz się gdzieś po drodze przypałętał, bo muzycy starsi od nas grali jazz i wszyscy się tym snobowali. My młodsi chcieliśmy być tacy jak oni, mieć długie włosy i w ogóle być fajni i cool. No i też tam próbowaliśmy z tym jazzem. Dostałam się na jazzowe warsztaty wokalne do Zwierzyńca. Miałam 16 lat. To był mój kontakt z jazzem. Byłam postrachem kadry, nikt ze mną nie chciał pracować, bo tam wszyscy przyjechali po to, żeby się trochę pobawić, wyluzować, zaszaleć, a ja byłam taki po prostu prymusik – chciałam się uczyć. Jak oni mnie widzieli, to po prostu zwiewali.

Kiedy przyjeżdża Pani do Gliwic, to dopada Panią jakaś nostalgia? Ma Pani jakieś wspomnienia „z miasta”?

Chyba raczej się nad tym nie zastanawiam, jak tu wracam. Raczej nie przeżywam jakichś „o matko, jak tu było wspaniale”. Nie. Wracam tak po prostu.

Jest Pani znaną artystką pochodzącą z naszego regionu. Co doradziłaby Pani młodej osobie, dziewczynie, chłopakowi, którzy chcieliby pójść w Pani ślady, czyli zostać artystą estradowym?

To zależy, co nimi kieruje. Bo jeśli chcą zarobić pieniądze, to nie wiem, co doradzić. Jeśli kochają muzykę, kochają to, z czego mieliby zrobić esencję swojego życia, to muszą się liczyć z tym, że trzeba być wytrwałym.

Pani jednak jest przykładem bezkompromisowości, bo rzuciła Pani naukę w trzeciej klasie średniej szkoły i poszła w Polskę.

Tak. To jest w ogóle małe miki. To był początek. Tak jest wtedy, kiedy ludzie są szaleni i młodzi, mają dużo energii i bardzo dużo wiary w przyszłość. Potem to się wytraca. Ja już jestem 25 lat na scenie, więc… Schody się zaczynają dużo później. Ten zawód niesie dużo rozczarowań. Ale te momenty, które kompensują to rozczarowanie, są miliard razy silniejsze i dlatego to jest jak narkotyk. Trudno to rzucić. W cholerę.

A kiedy się kończy?

Kiedy się kończy? Wie Pan, jak tak patrzę na przykład na Marylę Rodowicz, to nigdy (śmiech). Więc może być, że nigdy. Po prostu trzeba odłożyć łyżkę na scenie i tyle. Piękna śmierć. Ale… jak napisał Liszt, trzeba wiedzieć, kiedy w szatni płaszcz pozostał przedostatni, tylko to jest naprawdę bardzo trudne zadanie, żeby się zorientować, kiedy to nadejdzie.

Gliwice, 2017 rok