Kontakty z nami

Kultura

Sylwester w rosyjskim klimacie

Wielką popularnością na YouTube cieszą się fabularyzowane klipy realizowane do najnowszych piosenek grupy. Sięgając po mocne metafory i wulgaryzmy Sznurow kreśli bezkompromisowy portret rządzonej przez Władimira Putina współczesnej Rosji.

fot. Michał Ramus

Opublikowane

-

„Miłość w Leningradzie” to spektakl złożony z piosenek rosyjskiej grupy Leningrad.
Grupa Leningrad działa w Rosji od roku 1997, jej liderem jest charyzmatyczny wokalista, autor tekstów i kompozytor Siergiej Sznurow. Zespół wydał ponad 25 płyt, wylansował wiele przebojów.

Wielką popularnością na YouTube cieszą się fabularyzowane klipy realizowane do najnowszych piosenek grupy. Sięgając po mocne metafory i wulgaryzmy Sznurow kreśli bezkompromisowy portret rządzonej przez Władimira Putina współczesnej Rosji. Pierwsze płyty Leningradu, opisywały świat językiem zbuntowanego rocka, w którym inspiracje punkiem, mieszały się z rytmami ska czy nawiązaniami do muzyki ludowej.

Spektakl rozpocznie się o godz. 21.00.
„Miłość w Leningradzie”, scenariusz i reżyseria Łukasz Czuj

Sznurow stał się kolejnym wcieleniem rosyjskiego barda, ale w przeciwieństwie do Wysockiego czy Okudżawy, jego żywiołem nie była poetycka ballada, lecz podlewana alkoholem ostra sceniczna rebelia. Sceniczna energia, która wciągała widzów do środka muzycznego cyklonu. Od roku 2010, muzyka Leningradu ulega zmianie, pojawia się w niej więcej brzmienia popowego, Sznurow wprowadza do zespołu wokalistki. Ewolucja zespołu, jest na swój sposób, odzwierciedleniem zmian jakie dokonują się we współczesnej Rosji, kraju, w którym z jednej strony władza coraz bardziej dąży do wszechobecnej kontroli społeczeństwa, z drugiej zaś, młode pokolenie zyskuje możliwości dorabiania się, błyskawicznego bogacenia. Sznurow, jak zawsze bezkompromisowo, opisuje ten świat „nowych ruskich”, samemu jednakże uczestnicząc w ekonomicznym awansie. Ze zbuntowanego punkowca, staje się bogatym artystą – biznesmenem. Koncerty gra w wielkich halach, a w Sankt Petersburgu prowadzi dwa kluby muzyczne, występuje w telewizyjnych programach, produkuje klipy, których oglądalność sięga 50 milionów wyświetleń. Z wprawą biznesmena zarządza swoim wizerunkiem, na swój sposób wpasowując się w reguły świata putinowskiej Rosji, gdzie nie ma miejsce na otwarty bunt, a władza pozwalając artystom na ekstrawagancję, tworzy enklawy rozrywki, w których młode pokolenie, może oddawać się zabawie, trzymając się z daleka od polityki.

„Miłość w Leningradzie” jest pełną energetycznej muzyki i znakomitych tekstów, podróżą do współczesnej Rosji.

Miejsce akcji – klub „Lyubov” (czyli miłość) z Sankt Petersburga, zaludniają postacie z piosenek Leningradu, wyłażące z głowy „Sznura” (Mariusza Kiljana) – poety, muzyka, artysty, dla którego codzienne imprezy, jazda na krawędzi, są sposobem na ucieczkę przed piekłem, które czai się na dnie wyobraźni. Widzowie stają się uczestnikami, odjechanej nocnej imprezy, podczas której rockowe ballady mieszają się z popowymi przebojami i pełną punkowej energii sceniczną balangą, w której aktorzy i muzycy, wychodzą wprost do widza, wciągając ich w świat swoich opowieści.

Dawny Leningrad, dziś Sankt Petersburg, nazywany nieco ironicznie „stolicą kultury”, stał się tyglem, w którym mieszają się duchy dawnego Związku Radzieckiego z pierwiastkami współczesnej Rosji, Pieniądze, narkotyki, modne ciuchy, wyjazdy na Zachód stają się sposobem na bezpieczne przeżycie w putinowskiej krainie pozornego dobrobytu, za którą kryje się tajna policja i bezwzględny aparat władzy. Dawna miłość przepadła, został jedynie żal i poczucie rozczarowania. W nowym świecie miłość trzeba kupić. Co tak naprawdę kochamy? Co tak naprawdę kocha rosyjski lud? Czy gdzieś na dnie, tli się ostatnia iskra buntu? Ten świat jest groteskowy, przerysowany, często wulgarny, tak jak cała poezja muzyczna Sznurowa.

Spektakl „Miłość w Leningradzie” nawiązuje do bardzo dobrze przyjętego i do dziś granego we Wrocławiu w Teatrze Piosenki Centrum Sztuki IMPART spektaklu „Leningrad”. W przedstawieniu Teatru Miejskiego w Gliwicach na scenie zobaczymy znanych z tamtego widowiska Mariusza Kiljana i Tomasza Marsa, ale także liczne grono aktorów ze stałego zespołu artystycznego TMG oraz grający na żywo zespół muzyczny pod kierownictwem Remigiusza Hadki – w sumie 15 wykonawców.
Tłumaczenia są autorstwa Michała Chludzińskiego, kostiumy i scenografię projektuje Elżbieta Rokita, a reżyserią całości zajął się Łukasz Czuj. Historia opowiadana jest piosenkami, z których każda buduje nieco inny muzyczny świat. Utwory łączą się, wzajemnie komentują, budując opowieść, w której każda kolejna część, tworzy nowy obraz. Zaskakujące aranżacje, brawurowe interpretacje piosenek oraz wciągający, hipnotyczny klimat całości, składają się na spektakl który utwierdzi nas w przekonaniu, że Rosja to nie jest po prostu kraj. Rosja to stan umysłu.

* Spektakl dla widzów 16+
Premiera: 6 września 2018 r. na Dużej Scenie Teatru Miejskiego w Gliwicach
czas trwania: 100 min
scenariusz i reżyseria: Łukasz Czuj
teksty piosenek i muzyka: Siergiej Sznurow
tłumaczenie piosenek: Michał Chludziński
scenografia i kostiumy: Elżbieta Rokita
ruch sceniczny: Maciej Cierzniak
kierownictwo muzyczne: Remigiusz Hadka
kierownictwo wokalne: Ewa Zug
inspicjent: Marek Migdał
produkcja: Patrycja Wróbel
fotografie: Michał Ramus

obsada: Karolina Olga Burek, Mariusz Kiljan (gościnnie), Łukasz Kucharzewski, Aleksandra Maj, Dominika Majewska, Tomasz Mars (gościnnie), Małgorzata Pauka (gościnnie), Katarzyna Dworak (gościnnie), Maciej Piasny, Michał Wolny, Mirosława Żak

zespół muzyczny: Damian Drzymała (perkusja), Remigiusz Hadka (gitary, akordeon, piano), Michał Sosna / Robert Kamalski (saksofon tenorowy i barytonowy), Bartłomiej Stuchlik (kontrabas, bas, piano)

(Materiały prasowe GTM)

Rzemieślnik multimedialny. Wieloletnia praca w branży reklamowej pozwoliło mu zdobyć doświadczenie i wiedzę. W dalszym ciągu jednak najważniejszy i wciąż najcenniejszy jest Czytelnik.

Kultura

GRAM, POWIEDZMY PSA

Ktoś kiedyś musiał wykopać trupa z cmentarza, pogrzebać mu w głowie, żeby dowiedzieć się, jak wygląda mózg

Opublikowane

-

zdjęcie: Bożena Nitka / archiwum teatru

Ona – Alina Czyżewska. Rocznik 1990. Aktorka z dużym scenicznym doświadczeniem. Pochodzi z Gorzowa Wielkopolskiego.
On – Mariusz Galilejczyk. Rocznik 1982. Aktor tuż po krakowskiej szkole teatralnej. Urodził się i mieszka w Chorzowie.

Prestiż: Gracie w sztuce „Psie serce” Michaiła Bułhakowa, rosyjskiego pisarza i dramaturga, twórcy m.in. Mistrza i Małgorzaty, jednego z najważniejszych dzieł XX w. Czy to nie jest taki zramolały trochę tekst? Czy jest nadal aktualny? Powiedzcie coś o tym.
Ona: W żadnym wypadku nie jest zramolały. Jest na wskroś aktualny. Bułhakow pisał go bardzo dawno temu i w zupełnie innych warunkach politycznych. Był to na tyle niewygodny tekst, którego władza tak się bała, że przez ponad sześćdziesiąt lat go nie drukowano. Natomiast dzisiaj zmieniły się konteksty historyczne. Niektóre sztuki są uniwersalne i ten tekst obecnie znaczy co innego w naszym polskim i ogólnoświatowym kontekście.
On: Oczywiście są rzeczy, które się nie zmieniają. Od razu widać, że to jest Bułhakow. Czyta się to, co napisał i otwiera się tyle światów. Z resztą, Krzysiu (Krzysztof Rekowski, autor scenariusza i reżyser) przerobił to na scenariusz, po przeczytaniu którego otwiera ci się tyle różnych, uniwersalnych i aktualnych teraz połączeń, że naprawdę widać, że to jest mistrz.
Ona: W trakcie prac nad tym spektaklem rozmawialiśmy i o tamtejszej rzeczywistości, czyli o rewolucji z 1917 roku, i o tym, co się stało z ówczesnym światem, czym to skutkowało i jakimi tragizmami skończyły się też tamte wydarzenia. Ale również sięgaliśmy do wątków współczesnych, ponieważ ta sztuka porusza również takie tematy, które cały czas przewijają się w historii ludzkości.
On: Jak długo będzie istniała ludzkość, będą i te problemy.

P: A jakie to problemy?
Ona: Traktowanie innych ludzi…
On: … jak podludzi. Kiedyś na przykład był problem z niewolnictwem, albo chociażby trudna relacja mężczyzna – kobieta. Kiedyś kobiety były traktowane dużo gorzej niż teraz. Dopiero musiały zawalczyć o prawa… W wątku podludzi, ogólnie chodzi o to, że zawsze znajdzie się ktoś traktowany gorzej z jakiegoś powodu.
Ona: I też na ile z powodów wyższych – tak zwanych w cudzysłowie – my, jako społeczeństwo, świat, godzimy się na pewne rzeczy, na przykład na doświadczenia naukowe, na eksperymenty medyczne.
On: To też kwestia…
Ona: … etyki
On: Etyki i eksperymentowania. Ciekawość sprawiła, że ktoś kiedyś musiał wykopać trupa z cmentarza, pogrzebać mu w głowie, żeby dowiedzieć się, jak wygląda mózg i tak dalej, co wtedy w ówczesnym czasie było traktowane jako skandal. Ale ktoś to zrobił i teraz wiemy już jak wygląda mózg i możemy pomóc ludziom chorym. Ale tu też pojawiają się pytania o tę etykę…P: Jak długo już pracujecie nad tą sztuką?
On: Właśnie ostatnio o tym myślałem…
Ona: Zaczęliśmy na początku lutego, a premiera na początku kwietnia. Dwa miesiące.

P: Pani kogo gra?
Ona: Służącą, opiekunkę, pielęgniarkę.
On: A ja powiedzmy psa, ale zostawiłbym to w otwartym nawiasie…
Ona: U Bułhakowa jest to pies. Natomiast my patrzymy na tego psa bardziej symbolicznie.
On: Co to w ogóle znaczy pies?!
Ona: Pokazujemy traktowanie innego gatunku.
On: Bo jeżeli chodzi o zwierzęta to póki co traktujemy je jak niższy gatunek. I o tym też dużo rozmawialiśmy w czasie prób. Można na to spojrzeć w różny sposób. Dlaczego on/pies ma być gorszy, lepszy? Czy można to wartościować?
Ona: Chodzi też o prawa zwierząt. Też, bo ostatnie lata skutkują większą świadomością ludzi, jeżeli chodzi o stosunek do zwierząt, wykorzystywanie ich w eksperymentach naukowych, które mają służyć polepszeniu życia człowiekowi. Ale gdzie są granice? I to też są tematy, które poruszaliśmy, które poruszają obecnie opinie publiczną. To też są tematy, które z tego tekstu Bułhakowa wypływają. To nie jest tak, że my zajmujemy jakieś stanowisko, czy dajemy odpowiedzi, czy w ogóle zajmujemy się tym problemem. Nie. Bułhakow daje mnóstwo coraz to nowych linków, które cały czas tak naprawdę się tworzą w rozwijającej się rzeczywistości.
On: Zadajemy sobie pytania. Próbujemy też tak przekazać tekst, żeby ludzie także sobie zadawali pytania. Żebyśmy wszyscy zadawali sobie te pytania, na które nie ma odpowiedzi. Jest milion możliwości. Ale wracając do tych zwierząt…

Kiedy człowiek jest w jakimś stopniu niepełnosprawny, ale mamy z nim kontakt, to taką osobę traktujemy jeszcze jak człowieka, choć już z dystansem, ale staramy się jej pomóc. Ze zwierzętami już nie mamy takiego kontaktu, więc możemy je traktować niżej.

Możemy je jeść, możemy wykorzystywać i tak dalej. I takie kwestie też poruszamy.
Ona: Mariusz w ogóle przeszedł na weganizm. [śmiech]
On: Ja na razie próbuję weganizmu. Nie jestem radykalny.

zdjęcie: Bożena Nitka / archiwum teatru

P: Ale krakowską kiełbasą chcą pana raczyć?
On: Tak.
Ona: Będzie zamiennik.

P: Czy do tej pory nie było jakichś przeszkód w pracy nad sztuką, które spowodowały, że nagle stanęliście przed ścianą nie wiedząc co dalej?
Ona: Nie.
On: Nie. Naprawdę, według mnie to kawał fajnej pracy. Dużo rozmów…
Ona: Przez prawie miesiąc po prostu siedzieliśmy, rozmawialiśmy.
On: Szukaliśmy inspiracji, oglądaliśmy filmy, rozmawialiśmy, czytaliśmy książki.

P: Jak odbieracie ten pomysł inscenizacyjny, polegający na tym, że scena zajmuje więcej miejsca niż publiczność?
On: No tak na 100 osób liczyliśmy miejsc.
Ona: Taka bliskość aktora z widownią jest dla nas bardzo ciekawa. Lubię mieć kontakt, móc spojrzeć widzom w oczy, i widzowie także widzą każde mgnienie oka, każde pół emocji, które gdzieś tam się zarysowuje. To o to chodzi.
On: A ja dawno tego nie miałem, dlatego też się cieszę. Kiedy gram sceny w kontakcie z widzem zdaję sobie sprawę z tego, że dawno czegoś takiego nie robiłem i jak bardzo zacząłem uciekać od tego widza. I to jest super, bo teraz muszę nad tym pracować. Fajnie jest.

P: Na koniec spróbujcie zachęcić czytelników do zobaczenia tego spektaklu.
On: Hau, hau! Przyjdźcie, przyjdźcie mnie zobaczyć!
Ona: Ja zapraszam wszystkie osoby, wszystkich tych mieszkańców, którzy chcą widzieć w teatrze taką przestrzeń, nie tylko do oglądania i oklaskiwania, ale przestrzeń do namysłu, do refleksji, do poszerzania swojej świadomości i otwarcia się na pewne pytania, kwestie, problemy, których na co dzień nie dotykamy, i nie zajmujemy sobie nimi głowy. A warto, żeby teatr był właśnie takim miejscem, gdzie aktorzy, artyści zajmują się trochę, jakby w imieniu społeczeństwa pewnymi rzeczami i pewnymi sprawami po to, żeby się tym podzielić.

P: Bijecie na alarm?
On: To bardzo ważne, co powiedziała Alina, ale teraz wydawać by się mogło, że trzeba będzie, poświęcić dużo uwagi, skupić się, bardzo intensywnie myśleć, męczyć się przede wszystkim. A wydaje mi się, że staramy się to w takiej formie przekazać, żeby to było interesujące, wciągające dla widza i fabularnie ciekawe. A potem można sobie zadawać pytania dotyczące już szerszych kontekstów. Ale przede wszystkim jest to też ciekawa historia, więc zapraszamy bardzo serdecznie wszystkich.
Ona: A żeby trochę z tematów cywilizacyjno-politycznych zejść… to jest to też spektakl o potrzebie bliskości, która towarzyszy bohaterom. Potrzebie akceptacji i potrzebie po prostu bycia dla siebie dobrym człowiekiem.

Psie serce – spektakl

  • Michał Bułhakow
  • Premiera: 7 kwietnia 2017 r.
  • czas trwania: 160 min / 1 przerwa
  • tłumaczenie: Irena Lewandowska
  • adaptacja i reżyseria: Krzysztof Rekowski
  • scenografia: Jan Kozikowski
  • projekcje: Emilia Sadowska
  • muzyka: Sławomir Kupczak
  • ruch sceniczny: Filip Szatarski
  • inspicjent: Marek Migdał
  • produkcja: Beata Sokołowska
  • obsada: Mariusz Galilejczyk (Szarik/Szarikow), Łukasz Kucharzewski (prof. Preobrażeński), Michał Wolny(dr Bormental), Alina Czyżewska (Zina), Aleksandra Maj (Szwonder), Karolina Burek(Sekretarka/Wiaziemska), Łukasz Kabus (Żarowkin) Ze specjalnym udziałem Ewy Wyszomirskiej i Waldemara Kotasa.

czytaj dalej

Kultura

Wernisaż wystawy prac Anny Zawiszy-Kubickiej

Anna Zawisza-Kubicka, kończy 12-letnią kadencję i grozi, że wycofuje się z życia publicznego.

Opublikowane

-

zdjęcie: Prestiż

Anna Zawisza-Kubicka, prezeska okręgu gliwicko-zabrzańskiego Związku Polskich Artystów Plastyków (ZPAP) kończy 12. letnią kadencję i grozi, że wycofuje się z życia publicznego. Jak będzie naprawdę, to się okaże, ale na razie w Centrum Organizacji Kulturalnych, Gliwice ul. Studzienna 6 można oglądać jej najnowszą wystawę na którą składają się plakaty, które stworzyła do 225 wystaw artystów z kręgu ZPAP. Bo tyle za jej panowania w związku udało jej się zorganizować.


A czego nie lubi prezeska gliwickich artystów spod znaku ZPAP? A to już wyjaśni się po obejrzeniu relacji.

czytaj dalej

Kultura

Narkotyk Katarzyny Groniec

Te momenty, które kompensują to rozczarowanie, są miliard razy silniejsze i dlatego to jest jak narkotyk.

Opublikowane

-

zdjęcia: materiały prasowe wydawcy

Katarzyna Groniec o nowej płycie: Każdy ma swoją Ziemię Obiecaną. Coś za czym tęskni, czego mu brak, co chciałby, a nie może albo miał i utracił. Ziemia Utracona. Dobry tytuł na tomik poezji gdyby nie był parafrazą T.S. Eliota. „Najokrutniejszy miesiąc to kwiecień” pisał poeta w „Ziemi Jałowej„. To prawda. Niezłe też bywają te poprzedzające kwiecień… ale co z tego? W końcu i tak nadchodzi wiosna.

Ach!, bo taki jest tytuł nowego albumu, opowie o ziemi jałowej, ziemi utraconej i, wreszcie, ziemi obiecanej do której docieramy, rozmieniamy ją na drobne i znów tracimy. I od początku, bo wszystko jest cyklem co jakiś czas kończącym się dobrze! W końcu wracamy do życia, ale pod jednym warunkiem. Że wciąż mamy kogo kochać. Czy jestem szczęśliwa? Tak. Właściwie mogłabym powiedzieć: jak nigdy dotąd. Spokojna, jasna, świadoma. Dlaczego więc moje piosenki są smutne? Nie wiem. Najłatwiej byłoby powiedzieć (często to mówię na odczepnego) – bo lubię smutek. I nie mówić nic więcej. Ale to jest coś więcej. Coś, co wypływa gdzieś z głębi, z trzewi, kiedy zdarza mi się układać melodię i dopasowywać do niej słowa. Jak gdybym zapadała się w jakiś inny świat pełny echa i błękitu, który swoim pięknem onieśmiela tę drugą, starającą się twardo stąpać po ziemi, mnie. Z kolei ta druga ja, którą zawstydza miękkość tej pierwszej, potrafi ten melancholijno-lazurowy świat bezlitośnie wykpić. Wyciągam zatem samą siebie z błękitnego jeziora za włosy, jak baron Munchhausen wyciągnął siebie z bagien, a potem znów w to jezioro nurkuję.

Czy zatem kłamię tak jak on? Bardzo możliwe…

Poniżej prezentujemy obszerny fragment wywiadu z 2017 roku z pochodzącą z Gliwic piosenkarką.

Ten zawód niesie dużo rozczarowań. Ale te momenty, które kompensują to rozczarowanie, są miliard razy silniejsze i dlatego to jest jak narkotyk. Trudno to rzucić. W cholerę… mówi piosenkarka i aktorka Katarzyna Groniec w garderobie, po koncercie na scenie Bajka w Gliwicach.

Pani Katarzyno, urodziła się Pani w Zabrzu, ale do szkoły chodziła w Gliwicach. Jak wspomina Pani te czasy?

Różnie. Zależy, który etap.

Zacznijmy od początku. Podstawówka, przedszkole?

Podstawówkę bardzo dobrze wspominam. Chodziłam do Dwudziestki na Jana Śliwki, to są moje chyba najlepsze wspomnienia i jeśli w ogóle szkoła może być fajna, to mnie tam było dobrze.

To podstawówka. A szkoła średnia?

Średnia – ja zmieniałam średnie. Miałam strasznie dużo średnich.

A w Gliwicach?

W Gliwicach dwie. Najlepsze wspomnienia mam z Jedynki, do której chodziłam przez rok. Na Zimnej Wody. Tam miałam cudowną żeńską klasę, co mnie na początku przeraziło, bo, kurczę, pomyślałam sobie, że będzie nudno i fatalnie. Same baby. Ale to była świetna klasa, świetne dziewczyny, z łezką w oku wspominam szczególnie naszą paczkę dwóch ławek trzymających się razem. Naprawdę to są wspaniałe wspomnienia.

Ale to był jeden rok.

To był rok. Jak wiadomo, Jedynka i Piątka to były szkoły, które się ścigały w rankingach, która jest najlepsza, i raz jedna, raz druga wygrywała, więc poziom był dość wysoki, i trzeba było się po prostu uczyć. Mając liceum do godziny, powiedzmy, piętnastej, a od szesnastej szkołę muzyczną, nie było czasu tak na dobrą sprawę na zespół, a nam chodziło o to, żeby grać muzykę rozrywkową. Uczyliśmy się oczywiście klasyki, ale nie wolno było grać muzyki rozrywkowej. To były jeszcze takie czasy, że nie było to mile widziane w szkole muzycznej, no i po prostu wpadliśmy na pomysł (nie chcę obrazić Czwórki, ale…), że w Czwórce nam jakoś pójdzie…Troszkę obniżyliśmy loty, krótko mówiąc i poszliśmy do Czwórki.

My – to znaczy kto?

Mój chłopak chodził do Piątki, ja do Jedynki. Stwierdziliśmy, że w tej sytuacji przeniesiemy się razem do Czwórki, będziemy mieć trochę wolnego. (śmiech) No i tak zrobiliśmy. A potem jeszcze, w trzeciej klasie liceum, wyjechałam już do Warszawy, tak że miałam kilkuletnią przerwę w edukacji i ostatni rok skończyłam w Warszawie.

Z tego, co wiem, nie bez powodu edukacja skończyła na tej trzeciej klasie, bo wygraliście …

Po prostu jeździliśmy na różne eliminacje, wygrywaliśmy różne przeglądy piosenek. Pojechaliśmy również na eliminacje do musicalu „Metro” i dotarliśmy szczęśliwie do ostatniego etapu.

Dotarliśmy”?

Tak, razem z moim ówczesnym chłopakiem Piotrem Hajdukiem, który teraz mieszka w Warszawie, robi bardzo fajne rzeczy, został zawodowym muzykiem.

Jak Pani wspomina szkołę muzyczną w Gliwicach, oprócz tego, że nie można było grać muzyki rozrywkowej? Jaka to była klasa?

Ja byłam na flecie, bo tak się złożyło, że był akurat wolny. I na fortepianie. Flet to nie była moja pasja, poza tym miałam takiego nauczyciela, który godoł do mnie „Dziołcha, z ciebie to nic nie bydzie… Nie słyszałaś, tam kolega gra. Mieliśmy takiego super chłopaka na flecie, który zbierał wszystkie nagrody, niejaki Frysztacki. Wiedziałam, że do Frysztackiego, to ja, po prostu, lata świetlne… Koniec końców, najfajniej wspominam kształcenie słuchu. Prowadziła taka już starsza nauczycielka, pani profesor Zachariasiewicz. Bardzo się jej baliśmy, ale też ją lubiliśmy bardzo. Pisaliśmy dyktanda na przykład zamykani w szafach. Ci, od których można było ściągnąć, byli rozsadzani w jakichś dziwnych miejscach i ja na przykład pisałam w szafie.

Na czym polegały dyktanda w szkole muzycznej?

Gra się melodię i trzeba to ze słuchu zapisać w formie nut.

Wrócę jeszcze do jednego wspomnienia. Podobno zadebiutowała Pani jako dziecko, wykonując „Mazurek Dąbrowskiego”.

To są takie rodzinne legendy, nie wiem, ile w tym prawdy. Moja siostra jest ode mnie starsza siedem lat, i miałam, powiedzmy, niecałe dwa, kiedy ona szła do komunii, a ja bardzo lubiłam występować. W zasadzie o to mnie nie trzeba było prosić. Trzeba mnie było błagać, żebym przestała. Więc jak tylko dostałam jakiegoś takiego szwungu, że są goście i wolno wystąpić, to zaśpiewałam to, czego się akurat nauczyłam, a tata uczył mnie „Mazurka Dąbrowskiego”.

Tata uczył”. Ale uczył dlatego, że dziecko hymn powinno umieć śpiewać?

Tak, tata nas w ogóle uczył takich dziwnych rzeczy. Moja siostra na przykład odmawiała pacierz wieczorem, a na koniec tego pacierza (byłam przekonana, że to jest w ogóle część pacierza), po „Aniele Boży” mówiła: „Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie, napisał Adam Mickiewicz. Amen”.

Z tego, co jeszcze wyczytałem, Pani przede wszystkim lubiła jazzować.

Nie, to nie jest prawda. To było przez przypadek.

Czyli bardziej muzyka rozrywkowa?

Skoro rozrywkowa, to ten jazz się gdzieś po drodze przypałętał, bo muzycy starsi od nas grali jazz i wszyscy się tym snobowali. My młodsi chcieliśmy być tacy jak oni, mieć długie włosy i w ogóle być fajni i cool. No i też tam próbowaliśmy z tym jazzem. Dostałam się na jazzowe warsztaty wokalne do Zwierzyńca. Miałam 16 lat. To był mój kontakt z jazzem. Byłam postrachem kadry, nikt ze mną nie chciał pracować, bo tam wszyscy przyjechali po to, żeby się trochę pobawić, wyluzować, zaszaleć, a ja byłam taki po prostu prymusik – chciałam się uczyć. Jak oni mnie widzieli, to po prostu zwiewali.

Kiedy przyjeżdża Pani do Gliwic, to dopada Panią jakaś nostalgia? Ma Pani jakieś wspomnienia „z miasta”?

Chyba raczej się nad tym nie zastanawiam, jak tu wracam. Raczej nie przeżywam jakichś „o matko, jak tu było wspaniale”. Nie. Wracam tak po prostu.

Jest Pani znaną artystką pochodzącą z naszego regionu. Co doradziłaby Pani młodej osobie, dziewczynie, chłopakowi, którzy chcieliby pójść w Pani ślady, czyli zostać artystą estradowym?

To zależy, co nimi kieruje. Bo jeśli chcą zarobić pieniądze, to nie wiem, co doradzić. Jeśli kochają muzykę, kochają to, z czego mieliby zrobić esencję swojego życia, to muszą się liczyć z tym, że trzeba być wytrwałym.

Pani jednak jest przykładem bezkompromisowości, bo rzuciła Pani naukę w trzeciej klasie średniej szkoły i poszła w Polskę.

Tak. To jest w ogóle małe miki. To był początek. Tak jest wtedy, kiedy ludzie są szaleni i młodzi, mają dużo energii i bardzo dużo wiary w przyszłość. Potem to się wytraca. Ja już jestem 25 lat na scenie, więc… Schody się zaczynają dużo później. Ten zawód niesie dużo rozczarowań. Ale te momenty, które kompensują to rozczarowanie, są miliard razy silniejsze i dlatego to jest jak narkotyk. Trudno to rzucić. W cholerę.

A kiedy się kończy?

Kiedy się kończy? Wie Pan, jak tak patrzę na przykład na Marylę Rodowicz, to nigdy (śmiech). Więc może być, że nigdy. Po prostu trzeba odłożyć łyżkę na scenie i tyle. Piękna śmierć. Ale… jak napisał Liszt, trzeba wiedzieć, kiedy w szatni płaszcz pozostał przedostatni, tylko to jest naprawdę bardzo trudne zadanie, żeby się zorientować, kiedy to nadejdzie.

Gliwice, 2017 rok

czytaj dalej

Trending

scriptsell.neteDataStyle - Best Wordpress Services