Wstyd. Czy po latach wróci do naszych łask?

Jeden z grudniowych wieczorów spędziłem w mojej ulubionej małej sali kina studyjnego „Amok”. Skusiłem się na film rumuńskiej reżyserki Adiny Pintilie „Touch me not” nagrodzony tego roku berlińskim Złotym Niedźwiedziem. Film dotyka sfer intymności i fizyczności, a przy okazji także wstydu. Polecam zainteresowanym kinem artystycznym, niekomercyjnym i poszukującym. Natchniony treścią filmu chciałbym się nieco zatrzymać nad problematyką wstydu.

Wstyd to uczucie, które towarzyszy prawie każdemu. W pewnych okresach naszego życia z większym nasileniem, a w innych nieco mniejszym. Jednym wstyd dokucza przez całe życie, podczas gdy inni są na niego uodpornieni. Utarło się, że wstyd związany jest przede wszystkim z naszą cielesnością. Ale przecież ten rodzaj wstydu to tylko jedna z pozycji bogatego katalogu wstydów, których potencjalnie można doświadczać. „Najeść się wstydu” możemy nie tylko z powodu sprutych spodni, ale równie dobrze z powodu niestosownego zachowania naszej dziewczyny czy nawet męża. Nauczycielowi zwracającemu się do odpytywanej uczennicy: „Ty chyba nie masz za grosz wstydu” prawdopodobnie nie chodzi o jej skąpe odzienie. Powodem tak sformułowanej uwagi nauczyciela jest raczej jej skąpa wiedza. Mama mojego zięcia, a jednocześnie moja serdeczna koleżanka Ania karcąc niegdyś swojego niesfornego synka reprymendą: „Mamusia się za Ciebie wstydzi” nie odnosiła się do jego dziecięcej nagości, lecz niestosownego zachowania przynoszącego rzekomo wstyd rodzinie. Zamiar „oszczędzania komuś wstydu” też zwykle nie odnosi się do czyjejś nagości, lecz innych aspektów osobowości.

Słownikowa definicja wstydu obejmuje znacznie szerszy zasięg niż tylko obszar naszej fizyczności. Odnosi się do przykrego, upokarzającego uczucia spowodowanego świadomością niewłaściwego, złego, hańbiącego postępowania, niewłaściwych słów, świadomości własnych lub czyichś braków, błędów, zwykle połączone z lękiem przed utratą dobrej opinii.

Obserwując otaczający mnie świat z żalem stwierdzam, że uczucie wstydu niknie. Coraz trudniej wyobrazić sobie sytuację powodującą zawstydzenie. Profesorowie, pretendenci do piastowania funkcji publicznych oraz wysocy urzędnicy różnych szczebli z nonszalancją wypowiadają wierutne bzdury bez cienia wstydu. Udowodnione czyjeś kłamstwo, bezmyślność lub głupota przestały być dziś źródłem wstydu. Wstyd się wysłużył. Stał się niepopularny i niemodny. We współczesnych mediach bez uszczerbku i śladu rumieńca można prezentować najbardziej idiotyczne postawy i poglądy. Z żalem zauważam, że wstyd wyblakł i przestał robić na kimkolwiek wrażenie. W powstałej aurze deficytu wstydu próbuje się sztucznie go rozniecać przy pomocy oburzenia na obnażone piersi matek karmiących lub przy wykorzystaniu zniesmaczenia na widok celebryckich majtek. Natomiast znacznie powszechniejsze kłamstwo, brednie i niedouczenie przestały wywoływać uczucie wstydu.

Wyznam, że jakoś nie umiem obojętnie przejść koło tej zmasowanej dewaluacji wstydu. Być może dlatego z sentymentem wspominam opowieść mojego kolegi sprzed lat, który palił się ze wstydu podczas rozmowy z koleżanką ze szkoły muzycznej po uprzytomnieniu sobie, że ma otwarty na oścież rozporek. Świadomość tego, że koleżanka mogłaby to zauważyć, odebrała mu w tamtym czasie zdolność logicznego myślenia i umiejętność prowadzenia rozmowy. Struchlał i oniemiał. Wstyd zawładnął nim wówczas bezgranicznie.

Na razie każdy ignorant może bez grama wstydu wygadywać bzdury na dowolny temat. Do wygłaszania bredni wystarczy samozadowolenie i dostęp do Internetu. Do dyspozycji są dziś portale społecznościowe i inne medialne możliwości. Cała nadzieja w tym, że technologia systematycznie prze do przodu. Nie można więc wykluczyć, że w nieodległej przyszłości pojawią się algorytmy, które samoczynnie oznaczać będę brednie. Być może mechanizm taki roznieci na nowo poczucie wstydu i po latach niebytu wstyd wróci do naszych łask.